Są takie momenty, gdy dane statystyczne zaczynają opowiadać historię inną niż ta, którą słyszymy w oficjalnych prognozach. Właśnie z takim momentem mamy dziś do czynienia w polskiej energetyce.
Polskie Sieci Elektroenergetyczne opublikowały dane o krajowym zużyciu energii elektrycznej za listopad 2025 r., domykając tym samym okres styczeń-listopad 2025. Liczby są jednoznaczne: zużycie energii elektrycznej w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym (KSE) wyniosło 152 TWh. To ponad 2 TWh mniej niż w analogicznym okresie 2024 roku, czyli spadek o 1,34% rok do roku.
Grudzień 2025 nie przyniósł istotnego odbicia, a więc rok 2025 zakończy się zużyciem niższym nie tylko niż w 2024, ale również niż w 2023. Dla porównania: w grudniu 2023 zużycie w KSE wyniosło 15,4 TWh, a w grudniu 2024 już tylko 14,87 TWh. Innymi słowy - nawet sezonowy, zimowy wzrost nie zmienia ogólnego trendu.
Dane kontra założenia
To, co czyni te liczby szczególnie istotnymi, to moment ich publikacji. W tym samym czasie w debacie publicznej funkcjonują prognozy zakładające dynamiczny wzrost zużycia energii elektrycznej - do 200 TWh w 2030 roku i dalej do 270 TWh w 2040 roku.
Aby osiągnąć poziom 200 TWh w 2030 r., zużycie energii elektrycznej musiałoby wzrosnąć o około 31 TWh względem 2024 roku. Oznaczałoby to średnio ponad 6 TWh dodatkowego zapotrzebowania rocznie przez pięć kolejnych lat. Tymczasem od 2021 roku zużycie energii w KSE nie wróciło nawet do poziomu 174 TWh.
Dane z 2025 r. pokazują więc nie przyspieszenie, lecz dalsze cofanie się zapotrzebowania w systemie przesyłowym.
Gdzie tkwi problem?
Kluczowy problem nie leży w samych danych, lecz w mieszaniu pojęć. Co innego jest całkowite krajowe zużycie energii elektrycznej, a co innego zużycie energii w ramach KSE.
Jak zauważył prezes PSE Grzegorz Onichimowski,
„W sieciach, którymi administruje PSE, jest coraz mniej energii. Coraz więcej energii jest zużywane i produkowane lokalnie”.
Rozwój fotowoltaiki, magazynów energii, autokonsumpcji i lokalnych źródeł powoduje, że coraz większa część energii nie trafia do sieci przesyłowych. Energia jest produkowana i konsumowana na miejscu - w zakładach przemysłowych, gospodarstwach domowych, klastrach energii.
Efekt? Zużycie energii w KSE spada, mimo że gospodarka funkcjonuje normalnie, a proces elektryfikacji postępuje.
Konsekwencje systemowe
Ten trend ma bardzo konkretne skutki. Im mniejsze zużycie energii w KSE:
- tym wyższy procentowy udział OZE w systemie,
- tym mniejsze zapotrzebowanie na energię z dużych, centralnych źródeł,
- tym większe znaczenie elastyczności, magazynów i sieci dystrybucyjnych, a nie wyłącznie przesyłowych.
To rodzi pytania o skalę przyszłych inwestycji w źródła centralne oraz o realne zapotrzebowanie na energię elektryczną dostarczaną przez KSE w kolejnych dekadach.
Demografia - czynnik pomijany
Na to wszystko nakłada się jeszcze jeden element, rzadko obecny w debacie energetycznej: demografia. Tempo spadku liczby ludności w Polsce jest dziś znacznie wyższe, niż zakładają rządowe scenariusze. Obecnie Polska traci około 162 tys. mieszkańców rocznie, a tempo to będzie przyspieszać wraz z wejściem w wiek najwyższej śmiertelności kolejnych roczników wyżu powojennego.
Mniej ludzi to nie tylko mniejsza liczba odbiorców, ale też:
- niższe zapotrzebowanie na energię w usługach,
- wolniejszy wzrost popytu w mieszkalnictwie,
- ograniczenia dla długoterminowego wzrostu zużycia energii elektrycznej.
Pytanie, które pozostaje
Dane PSE nie są anomalią jednego miesiąca. Układają się w spójny, wieloletni trend. Dlatego zasadnicze pytanie nie brzmi dziś: ile energii elektrycznej zużyje Polska w przyszłości?
Brzmi ono inaczej:
-> ile energii elektrycznej będzie faktycznie potrzebne z Krajowego Systemu Elektroenergetycznego w 2030, 2035 i 2040 roku?
Bo to właśnie od odpowiedzi na to pytanie zależą realne potrzeby inwestycyjne polskiego systemu elektroenergetycznego.
